Środa na europejskich parkietach przyniosła aż pięć zwycięstw ekip z PGE Basket Ligi. Anwil Włocławek zaliczył udany wyjazd do Bośni i Hercegowiny, a King Szczecin triumfował w estońskiej Parnawie. Legia Warszawa zwycięstwem nad Galatasaray Stambuł zrobiła duży krok w kierunku gry w następnym etapie Ligi Mistrzów. Kontrolowane zwycięstwo notują Dziki Warszawa, które rozprawiły się z MZT Skopje Aerodom. Szczęście dopisało Zastalowi Zielona Góra, który ograł przed własną publicznością Dinamo Bukareszt. Jedynym zespołem, który nie zaliczył udanego wieczoru był WKS Śląsk Wrocław. Serdecznie zapraszamy do środowego raportu z europejskich parkietów.
HKK Zrinjski 1992 Mostar — Anwil Włocławek 78:84 Statystyki
Rottweilery po sześciu spotkaniach kończących się różnicą jednego punktu zaliczyły udany wyjazd do Bośni i Hercegowiny, pokonując HKK Zrinjski 1992 Mostar. Zespół Verdana Bosnicia początkowo walczył z gospodarzami jak równy z równym, mogąc liczyć na trafienia Sama Hinesa Jr., Szymona Wójcika oraz Emmanuela Lecomte. Mimo, że obie ekipy miały sporo problemów ze skutecznością, to włocławianie pomału odskakiwali z wynikiem. Dzięki trójce Adama Brenka czy również akcji 2+1 Sama Hinesa Jr., Anwil po 10 minutach prowadził 20:14.
Nieco gorzej włocławianom szło w drugiej kwarcie, gdy straty pomału nadrabiały celne rzuty Trevante Andersona oraz punkty spod obręczy Aleksandara Vukovicia (28:28). Później Deon Edwin oraz Hans Vanwijn poprawiali skutecznie wynik dla Anwilu, ale szybko na ich trafienia reagowali Aleksandar Vuković oraz Trevante Anderson. Po odpowiedzi efektownym dunkiem Vanwijna, Anwil schodził do szatni przy 2-punktowym prowadzeniu (36:38).
Ekipa Verdana Bosnicia znacznie lepiej prezentowała się po przerwie, a co więcej po udanym fragmencie gry Hinesa Jr. oraz Edwina odskoczyła pod koniec trzeciej kwarty na 10 punktów (45:55). Bośniacka ekipa umiała jeszcze podgonić włocławską ekipę po m.in. łatwo zdobytych punktach przez Mikavicę, Prortkę oraz Andersona. Kilkupunktową zaliczkę na początku czwartej kwarty trzymały trafienia Sama Hinesa Jr. oraz celne rzuty wolne Szymona Wójcika (59:68). Wówczas gospodarze odegrali się 10-punktowym serialem, który dał im w połowie czwartej kwarty prowadzenie (69:68). Sytuację włocławian uspokoiły dopiero dobre wejścia pod obręcz Edwina, Lecomte, Freemana oraz Hinesa Jr. Serial 12:2 w wykonaniu Anwilu był kluczem do zdobycia drugiego zwycięstwa w rozgrywkach ENBL. Liderem włocławskiego zespołu był Sam Hines Jr., który zakończył mecz na 29 punktach i 7 zbiórkach.
BC Parnu — King Szczecin 69:82 Statystyki

Pozycję lidera w grupie D rozgrywek FIBA Europe Cup obronili koszykarze Kinga Szczecin. Zespół Macieja Majcherka pokonał w Parnawie zawodników BC Parnu, choć sama pierwsza połowa wcale nie wskazywała tak „łatwego spacerku”. Początkowo 7-punktową zaliczkę dla granatowo-bordowych dawali: łatwymi punktami spod obręczy Przemysław Żołnierewicz oraz udanymi trafieniami Tomasz Gielo (2:9). Gospodarze odmienili wynik dzięki trójkom Rogera Hermeta oraz Hendrika Eelmae’a i od tego momentu pojedynek był całkiem zacięty. Dzięki celnym próbom z gry Javeona Jonesa, Joona Heinonena oraz Klavsa Dubultsa, estońska ekipa po pierwszej kwarcie prowadziła 21:18. W drugiej kwarcie szczecinianie byli ciągle blisko gospodarzy głównie dzięki punktom Żołnierewicza oraz Gielo. Wciąż jednak zespół z Parnawy nadawał ton w spotkaniu dzięki odpowiedziom spod tablicy Kirvesa czy Eelmae. Niemniej jednak pod koniec pierwszej połowy udanymi wejściami pod obręcz popisywali się Ondrej Sehnal oraz Patrick McCaffery. Mimo tego zespół Kristjana Evarta prowadził po 20 minutach 35:32.
Druga połowa w wykonaniu Wilków Morskich przesądziła o ich końcowym sukcesie. Kluczowa okazała się trzecia część, gdzie dobrze szło w ataku Reynoldsowi, Sehnalowi, a celną trójkę dołożył też Ucieszyński. W ten sposób na 3:03 sekundy do końca trzeciej kwarty King miał w zapasie 11 punktów. Estoński zespół próbował pobudzić trójkami Joona Heinonen, ale dobry moment w grze Mateusza Kostrzewskiego i Alexandre Chassanga sprawił, że King po 30 minutach wygrywał 62:52. Szczeciński zespół utrzymał koncentrację w czwartej kwarcie, gdzie swoje okazje skutecznie wykorzystywali Mikołaj Witliński, Tomasz Gielo czy też Mateusz Kostrzewski. Szczecinianie wygraną w Parnawie 82:69 pozostali na pozycji lidera grupy D (4 zwycięstwa i 1 porażki), mając korzystny wynik bezpośredniego spotkania ze SLUC Nancy (+3).
Legia Warszawa — Galatasaray Stambuł 79:72 Statystyki

Aktualny Mistrz Polski odczarował Torwar i przy ponad 4000 publiczności pokonał naszpikowany gwiazdami Galatasaray Stambuł. Nie da się ukryć, że ekipa Manuchara Markoishvili’ego jest stawiana w gronie ekip do wygrania całych rozgrywek Ligi Mistrzów. Jednakże z punktu widzenia Zielonych Kanonierów to zwycięstwo może im dać awans do następnego etapu koszykarskiej Ligi Mistrzów. Wynik otworzyli w tureckim zespole Oumar Ballo oraz Chimezie Metu, punktując spod kosza. Jednakże do wyrównania skutecznie doprowadzili Michał Kolenda oraz Gyorgy Goloman. Węgierski podkoszowy do spółki z Kristersem Zoriks celnymi próbami dawali warszawianom 5-punktową zaliczkę (14:9). Mimo tego goście zabrali całkowicie głos w tej rywalizacji, aplikując serię 12:0. Przy pomocy m.in. KJ Simpsona czy Jerome’a Robinsona Jr prowadzili po 10 minutach 21:14.
Legioniści odegrali się na początku drugiej kwarty, notując serial 15:1. Głównie po trafieniach Zacha Freemantle’a oraz Argustera Danielsa IV, Legioniści mieli zapas siedmiu punktów (29:22). Turecka ekipa po defensywnym fragmencie gry z obu stron, umiała przed końcem pierwszej połowy podgonić wynik. Coraz śmielsze poczynania w tym mieli Simpson oraz Smailagic — w ten sposób Legia po 20 minutach prowadziła jedynie 34:32.
W trzecią kwartę dobrze weszli Legioniści, którzy dzięki trafieniom Danielsa, Golomana oraz Zoriksa mieli zapas siedmiu punktów (46:39). Galatasaray jeszcze raz zmienił wynik po serii 16:3, gdzie dobry fragment gry mieli Metu oraz Robinson Jr.. Mimo łatwo zdobytych punktów przez Zacha Freemantle’a, turecka ekipa po 30 minutach była bliżej zwycięstwa, prowadząc 58:53.
Legioniści odrobili straty z nawiązką na początku czwartej kwarty, gdy punktowali skutecznie Freemantle oraz Ilver. Jeszcze na przód przyjezdnych wyprowadzali Simpson oraz Metu, ale seria 10:1 Legii była wręcz kluczem do wypracowania sobie 7-punktowej zaliczki. Pomogły w tym akcja 2+1 Zoriksa oraz trójka Kolendy. Mimo prób odrabiania strat przez Metu, Smailagicia oraz Simpson ważne punkty na drugie zwycięstwo dawali Daniels oraz Freemantle. Tym samym Legia Warszawa pokonała Galatasaray 79:72, robiąc znaczący krok w stronę gry w następnym etapie Ligi Mistrzów.
Dziki Warszawa — MZT Skopje Aerodrom 89:66 Statystyki

Na pozycję lidera grupy E w rozgrywkach FIBA Europe Cup powróciły Dziki Warszawa, które zgodnie z planem poradziły sobie z najsłabszym zespołem tej grupy — macedońskim MZT Skopje Aerodom. Jedynie w pierwszej kwarcie zespół Vaska Atanasova walczył z warszawskim zespołem równorzędnie. Dopiero w drugiej oraz trzeciej kwarcie uwidoczniła się znaczna przewaga podopiecznych Marca Legovicha.
Dobry początek mieli przyjezdni po trafieniach Dimitrija Nikolicia oraz Vojdana Stojanovskiego. Mimo tego celna trójka Josepha Girarda III i dobry fragment gry Krzysztofa Kempy dawał Dzikom minimalne prowadzenie (11:7). Pokrótce do punktowania włączyli się również m.in. Grzegorz Kamiński, Quan Jackson czy również Osun Osunniyi, dając gospodarzom zapas 9 punktów. Macedońska ekipa umiała jeszcze zmniejszali Lesley Varner oraz Emir Krajinic (20:17). Kontakt z Dzikami dawali dla przyjezdnych Adem Mekic i Andrej Andonoski, ale raz za razem zza łuku trafiał Joseph Girard III. Później swoje trafienia dokładali Makai Ashton, Łukasz Frąckiewicz oraz Tim Adetukasi. Dzięki nim Dziki po pierwszej połowie prowadziły 47:31.
Trzecia kwarta zamknęła sprawę zwycięstwa dla gospodarzy, a w tym pomagały celne trójki Austina Luke’a, punkty spod obręczy Quana Jacksona oraz trafienia Krzysztofa Kempy. To dzięki zespół Marco Legovicha miał zapas 23 punktów, który dowiózł do końcowej syreny. Warszawianie dzięki temu zwycięstwu zostali znów liderem swojej grupy w rozgrywkach FIBA Europe Cup.
Zastal Zielona Góra — Dinamo Bukareszt 95:93 Statystyki

Dużo szczęścia w swojej grupie miał Zastal Zielona Góra, który pokonał przed własną widownią Dinamo Bukareszt. Jednakże rumuńska ekipa była o krok od odmienienia końcowego wyniku, lecz Jonathan Stark przestrzelił dwa rzuty wolne, po których zielonogórzanie zebrali piłkę.
Rumuni doskonale rozpoczęli zawody w Zielonej Górze — dzięki zagraniom Anthony’ego Robertsa i Derricka Marksa, Dinamo miało zapas 9 punktów (3:12). Rezultat gospodarzy próbowali poprawić Jakub Galewski oraz Jan Wójcik, ale skutecznie wtórował im Anthony Roberts. Później kolejne punkty dokładali Nandor Kuti, Radu Virna oraz Rostyslav Novitskyi, dzięki którym Dinamo prowadziło po tej części 30:15. Zielonogórzanie większą część strat odrobili w drugiej kwarcie, zaczynając od trafień Filipa Matczaka oraz Trazariena White’a. Trochę później do punktowania włączyli się Beau Beech oraz Veljko Brkić, a celna trójka Gauthiera Denisa dała na 1:56 sekund przed końcem pierwszej połowy punkt straty (39:40). Finalnie minimalną zaliczkę dla przyjezdnych utrzymali Ousmane Drame oraz Jonathan Stark, dzięki czemu do przerwy Dinamo prowadziło z Zastalem 46:43.
Druga połowa meczu była bardziej wyrównana — zielonogórzan na przód wyprowadzali swoimi trafieniami Beau Beech, Filip Matczak czy również Conley Garrison. Mimo tego po stronie rumuńskiego Dinama niezawodni byli DJ Burns, Jonathan Stark czy też Rostylav Novitskyi. Głównie dzięki jego celnym rzutom wolnym, ekipa Zydrunasa Urbonasa po 30 minutach wygrywała 71:67. Emocje sięgnęły zenitu w decydującej części, gdy trójki Matczaka i Denisa doprowadziły do remisu (77:77). Na nic więcej nie pozwalali im Stark, Kuti oraz Roberts, trzymając Dinamo przy prowadzeniu. Dopiero na 47 sekund przed końcową syreną celne trafienia Denisa i Garrisona zapewniły Zastalowi zapas pięciu punktów (93:88). Szansę na wygraną gości dawały jeszcze łatwo zdobyte punkty przez Drame i Stark. Ostatecznie drugi z nich nie wytrzymał presji i przestrzelił oba rzuty wolne. W ten sposób Zastal odnotował swoje trzecie zwycięstwo w grupie B, które na razie daje grę w następnym etapie rozgrywek FIBA Europe Cup.
WKS Śląsk Wrocław — Cosea JL Bourg-en-Bresse 84:88 Statystyki
WKS Śląsk Wrocław jako jedyny nie mógł zaliczyć środowego wieczoru do tych udanych, notując na swoje konto piątą porażkę w Europucharze. Podopieczni Danny’ego Franco ulegli aktualnym triumfatorowi rozgrywek Europucharu, Cosea JL Bourg-en-Bresse, choć na 79 sekund przed końcem meczu mieli nawet 3-punktowe prowadzenie.
Początek rywalizacji szedł po myśli gości, którzy po trafieniach Keitha Jordana czy również Tyrese’a Samuela prowadzili różnicą siedmiu punktów. Pojedynek z francuskim zespołem próbowali nawiązać Jakub Nizioł wraz z Johnem Egbunu, ale skuteczne odpowiedzi odpalali Keith Jordan, Hugo Robineau oraz Johnny Berhanemeskel (11:23). Mimo dobrych zagrań Devina Robinsona, Tymoteusza Sternickiego oraz trójki Malika Parsonsa, Cosea JK Bourg po pierwszej części prowadził 27:20. Dwucyfrową zaliczkę na początku drugiej kwarty dla przyjezdnych wypracowali Nelson, Woodbury otaz Robineau (20:35). Od tamtej pory Trójkolorowi zaczęli mozolnie nadrabiać zaległości, gdzie pomagały punkty Sternickiego, Robinsona oraz Hickeya. Dzięki punktom spod obręczy Samuela oraz Moulare’a, francuska ekipa wygrywała po pierwszej połowie 47:39.
Po przerwie udane próby z gry Paula Scruggsa oraz Devina Robinsona przybliżyły Śląsk na cztery punkty do aktualnych triumfatorów Europucharu (46:50). Francuzów przy kilkupunktowej zaliczce trzymali jeszcze Johnny Berhanemeskel oraz Adrian Nelson. Finalnie dzięki trójkom Jakuba Nizioła, Błażeja Kulikowskiego oraz łatwych punktach Kyrella Luca, ekipa Danny’ego Franco przystępowała do decydującej części ze stratą jednego punktu (60:61).
Na jej początku trafienia Nizioła, Robinsona oraz Luca, Śląsk zaczął obejmować prowadzenie. Mimo tego na ogonie wrocławian skutecznie trzymali francuską drużynę Tyrese Samuel oraz Trey Woodbury — po jego dwóch trójkach goście wrócili na przód (71:74). Trochę później sytuację wrocławian znacznie poprawiali Kulikowski, Scruggs oraz Nizioł. Dzięki łatwym punktom zdobytym przez Sternickiego, Śląsk na 79 sekund przed końcową syreną prowadził 84:81. Kluczowym jednak zawodnikiem u przyjeznych był Tyger Campbell, który łatwo wchodził pod obręcz. Dzięki niemu Cosea JK Bourg triumfowało ostatecznie we Wrocławiu 88:84. Dla wrocławskiego zespołu była to obecnie piąta porażka w rozgrywkach Europucharu, a z dorobkiem 1 zwycięstwa i 5 porażek pozostają na ósmym miejscu w grupie C.
fot. FIBA
Redakcja
