Żubry Chorten Białystok po długich piętnastu latach w przyszłorocznych rozgrywkach zadebiutuje na parkietach Pekao S.A. 1.Ligi Mężczyzn. O osiągniętym awansie, chwili świętowania oraz głównym atucie białostockiej ekipy w ubiegłorocznych rozgrywkach rozmawiamy z rozgrywającym białostockiej ekipy, Czarkiem Karpikiem.
PROJEKTKOSZ.PL: Białystok po piętnastoletniej przerwie będzie mógł powalczyć na parkietach Pekao S.A. 1.Ligi. Czy czujesz się ojcem tego sukcesu?
Cezary Karpik (rozgrywający Żubrów Chorten Białystok): Bardzo się cieszę, że po piętnastu latach 1.Liga koszykówki zawita na Podlasiu! Od kiedy pamiętam Żubry poziomem organizacyjnym wyróżniały się na tle innych drużyn. Dlatego uważam, że 1.Liga to miejsce dla Żubrów Białystok. Na pewno bardzo fajne uczucie być ważną częścią zespołu i tak właśnie się czułem. Myślę, że ojcem tego sukcesu była cała drużyna, a przede wszystkim atmosfera jaka w niej panowała!
W ciągu ostatnich dwóch lat wprowadziłeś dwa drugoligowe kluby na pierwszoligowe parkiety. W którym z klubów czułeś większą presję na osiągnięcie awansu do Pekao S.A. 1.Ligi?
To prawda, chyba przynoszę szczęście. Zarówno w Inowrocławiu jak i w Białymstoku cel był jeden — awansować na zaplecze ekstraklasy. Zawsze chce grać o najwyższe cele, dlatego szukałem miejsc, gdzie realnie będę mógł być częścią drużyny, która awansuje. Jeśli chodzi o presję związaną z awansem, to wydaje mi się, że w Inowrocławiu była większa presja otoczenia ze względu na większe zainteresowanie koszykówką w mieście. Natomiast rola w zespole z Białegostoku sprawiła, że czułem się bardzo odpowiedzialny za wynik w kluczowych częściach sezonu.
Czy po zgarnięciu Mistrzostwa 2.Ligi znalazła się chwila na świętowanie tego sukcesu?
Oczywiście! Uważam, że taki sukces należy celebrować. Ciężko pracowaliśmy od sierpnia, żeby na koniec maja móc wspólnie cieszyć się tą chwilą i celebrować w gronie najbliższych! Adrenalina po awansie jest tak duża, że zmęczenie po meczu nie przeszkadza w długich rozmowach późną porą.
W najważniejszej części sezonu Twoja ekipa dwukrotnie była „pod ścianą” – najpierw w ćwierćfinale z AZS-em AGH Kraków, a w następnej fazie z Mickiewiczem Katowice. Jakie argumenty przyczyniły się do tego, aby odwrócić obie te serię na swoją korzyść?
To prawda, serię ćwierćfinałową i półfinałową rozpoczęliśmy od porażki na własnej hali, w naprawdę słabym stylu. Ciężko powiedzieć czy to stres związany z meczami o stawkę, czy po prostu dyspozycja dnia. Najważniejsze jednak było to, że nie wątpiliśmy w to, że jesteśmy lepszą drużyną. Musieliśmy po prostu wrócić do swojego stylu gry.
Głównym argumentem, który uważam, przyczynił się do odwrócenia tych serii była wspomniana wcześniej atmosfera w zespole. Pomimo przegranych meczów i sportowej złości, nikt nie wylewał na siebie frustracji, wręcz przeciwnie, wspieraliśmy się jeszcze bardziej. Jadąc z nożem na gardle do Krakowa oraz Katowic musieliśmy mieć chłodną głowę i krok po kroku realizować swój plan… tak też zrobiliśmy.
Jeśli miałbyś wskazać swoją najmocniejszą cechę na parkiecie, co by to było?
Charakter. Nie cierpię uczucia porażki, a kocham wygrywać — to tyczy się nie tylko koszykówki. Z wiekiem nauczyłem się, że czasami od wyniku ważniejsza jest dobra zabawa, aczkolwiek nadal podczas grania w planszówki potrafię posprzeczać się z narzeczoną (śmiech). Uważam, że nawet jeśli brakuje Ci umiejętności, to zaangażowaniem i chęcią zwycięstwa możesz rywalizować z każdym.
Który z meczów rundy zasadniczej był wg Ciebie istotny, aby być w pełni gotowym na maraton w najważniejszej części sezonu?
Było ich kilka. Zacząłbym od pierwszego wyjazdowego zwycięstwa w Legionowie. Według ekspertów mieliśmy słabszy zespół, przede wszystkim mniej doświadczony niż drużyna z Legionowa. Mimo to wyszliśmy zwycięsko z tej potyczki i zaczęliśmy sezon od cennego zwycięstwa — myślę, że było to bardzo ważne, bo dało nam wiatru w żagle i pokazało, że możemy rywalizować z każdą drużyną.
Następnym istotnym meczem była porażka z Lublinianką na wyjeździe. Mieliśmy swoje problemy zdrowotne, a w dodatku to był okres, gdzie dopadł nas lekki „kryzys”. Wykorzystaliśmy tę porażkę jako cenne doświadczenie i wyciągnęliśmy wnioski oraz porozmawialiśmy po męsku, że jeśli chcemy awansować, to właśnie takie ciężkie momenty są dla nas sprawdzianem.
Co Twoim zdaniem było głównym atutem białostockiej ekipy w najważniejszej części rozgrywek?
Myślę, że atmosfera oraz świetne przygotowanie motoryczne. Dobra atmosfera pozwoliła nam praktycznie przez całe 10 miesięcy trzymać się razem, a czas, który wspólnie spędzaliśmy, budował nas jako drużynę. Co do przygotowania motorycznego to naprawdę ciężko trenowaliśmy w tym sezonie, mnóstwo biegania, intensywnych gierek i dużo pracy na siłowni. Natomiast dziś wiemy, że dzięki temu byliśmy w stanie utrzymywać wysoką intensywność grania z każdą drużyną i czekaliśmy tylko, aż w końcu przeciwnik pęknie. Nasz styl gry dążył do dużej liczby posiadań, czyli być szybki i agresywny. Cieszę się, że przyniosło to zamierzony efekt.
Czy sądzisz, że białostocka koszykówka ma szansę zakotwiczyć się na długie lata w Pekao S.A. 1.Lidze?
Mam taką nadzieję. Niezależnie od tego czy będę dalej zawodnikiem Żubrów czy też nie, Białystok zasługuje na 1.Ligę! W meczach o stawkę hala zapełniała się już trzydzieści/czterdzieści minut przed meczem, więc widać tu głód koszykówki na wyższym poziomie. Liczę na to, że w Białymstoku powstanie super hala widowiskowo-sportowa i wtedy pojemność hali nie będzie problemem, a Żubry staną się szanowaną marką w całej Polsce.
fot. Andrzej Zgiet
KW
