24 września 2022

Projekt Kosz

TWOJE ŹRÓDŁO KOSZYKÓWKI

Damian Ciesielski: „Przygoda z koszykówką nie trwa wiecznie” [WYWIADOWNIA #23]

Gościem 23 odcinka Wywiadowni był Damian Ciesielski. W rozmowie między innymi: o swojej drugiej pasji poza koszykówką, pierwszym telefonie od włodarzy z ekstraklasowego klubu, a także o porównaniu do fińskiego skoczka narciarskiego. Zapraszamy do lektury.

Kamil Wróbel: Na jednej z konferencji pomeczowej zostałeś porównany do fińskiego skoczka Janne Ahonena. Do każdego konkursu, turnieju podchodził bardzo skoncentrowany. Czy takie samo podejście towarzyszyło Ci przy każdym spotkaniu ligowym?

Damian Ciesielski (Miasto Szkła Krosno): Tak. Z tego, co pamiętam było to po ostatnim meczu sezonu. Koncentracja jest bardzo ważna. Przed każdym starciem staram się w pełni odizolować od rzeczy pobocznych, które na parkiecie nie mają znaczenia.

K.W.: W rywalizacjach bywasz zazwyczaj cichy i spokojny, a gdy kończą się ligowe zmagania…

D.C.: Poza boiskiem również preferuje spokój. Gra wywołuje sporo emocji, które w jakiś sposób muszą znaleźć ujście. Próbuje podchodzić do tych emocji analitycznie, aby stawać się coraz lepszy. Pracuje nad nimi, żeby mną nie kierowały.

K.W.: Czy w dzieciństwie byłeś urwisem, który chodził własnymi ścieżkami i robił zawsze po swojemu czy raczej spokojny?

D.C.: Byłem raczej spokojny. Ciężko byłoby mi teraz przypomnieć sytuacje, w których wprowadzałem zamieszanie. Oczywiście, jako dziecko różne pomysły przychodzą do głowy, ale nie były to rzeczy, które wprawiały w zakłopotanie moich rodziców.

K.W.: Jak obecnie spędzasz czas wolny?

D.C.: Czas wolny poświęcam na treningi oraz prace. W okresie letnim między sezonami pomagam znajomym na torze gokartowym. Resztę czasu gospodaruje na treningi tak, aby wykonać optymalną ilość jednostek w tygodniu.

K.W.: Nie kusi czasami po robocie, aby pojeździć sobie po torze gokartowym? Jest to taka „mała odskocznia” od koszykówki.

D.C.: Pewnie, że tak. Jak dla mnie to również inna forma rywalizacji, głównie czasowej. Adrenalina daje o sobie znać w takim momencie. Zresztą już nie raz gościłem na torze innych aktualnych lub byłych kolegów z drużyny, którzy podzielają moje zdanie.

K.W.: W połowie czerwca wziąłeś udział w PBDS Basketball Camp 2022. Rozumiem, że w wakacje starasz się budować jeszcze wyższą formę na przyszłe rozgrywki…

D.C.: Tak jest. Z racji ograniczonego czasu przyjeżdżam do Gdyni, kiedy tylko mogę. Chłopaki w świetny sposób prowadzą treningi o czym świadczy ilość osób, które wspólnie tam trenują.

K.W.: Ostatnie trzy lata spędziłeś w Krośnie. Nie było większych problemów z zaaklimatyzowaniem się na Podkarpaciu…

D.C.: Szczerze, nie było żadnych problemów. Podkarpacie to naprawdę piękne miejsce. Sama obecność kolegów, z którymi miałem dobry kontakt wpływała na bardzo przyjazna atmosferę, w której myślę, że każdy przyjezdny czuł się komfortowo.

K.W.: W ciągu wspomnianego okresu przewinęło się trzech szkoleniowców – Marcin Radomski, Radosław Soja, a pod koniec sezonu 2021/2022 Roman Prawica. Mógłbyś zdradzić, który szkoleniowiec wlał w Tobie spore doświadczenie?

D.C.: Każdy z trzech wymienionych trenerów miał ogromny wpływ na moja grę i jakim jestem zawodnikiem. Każdy z nich przekazał swoje doświadczenie. Sama zmiana trenera wymaga dostosowania się do nowej sytuacji, nowej roli czy pozycji w zespole. Całe te trzy lata spędzone w Krośnie to bagaż sporych doświadczeń.

K.W.: Wróćmy do Twoich początków – w którym momencie pojawiła się u Ciebie koszykówka?

D.C.: Koszykówka pojawiła się w pierwszej klasie podstawówki. Wówczas moi rodzice zaprowadzili mnie na pierwszy trening, który co prawda z koszykówką za dużo wspólnego nie miał, ale tak to się zaczęło .

K.W.: Miałeś na początku swojej drogi jakiegoś idola, którego bacznie obserwowałeś?

D.C.: Idola raczej nie miałem. Próbowałem podpatrywać różnych zawodników – czy to w telewizji czy na żywo, ale jednego ulubionego zawodnika nie miałem.

K.W.: Jak zareagowali rodzice na wieść o tym, że chciałbyś postawić swoją karierę na koszykówkę?

D.C.: Moi rodzice w wielu kwestiach mieli inne zdania, które zazwyczaj wynikały z troski. Bez względu na to zawsze bezgranicznie mnie wspierali i jestem im za to ogromnie wdzięczny.

K.W.: Prócz grania w młodzieżowych rozgrywkach szczebla centralnego rozpocząłeś także naukę w sopockim liceum, a ponadto pomału wchodziłeś w seniorskie rozgrywki. Łatwo było pogodzić swoją pasję z lekcjami?

D.C.: Młodemu chłopakowi zawsze wydaje się, że ciężko jest połączyć te dwa obowiązki. Na szczęście nasza szkoła współpracowała z klubem, przez co trzeba przyznać, że w większości sytuacji nauczyciele byli naprawdę wyrozumiali. Dodatkowo nasza klasa liczyła zaledwie sześć osób, gdzie każdy z nas brał czynnie udział w treningach i meczach. Cała klasa miała w praktyce lekcje indywidualne, to sporo pomagało.

K.W.: Dwa srebrne medale zdobyłeś w sezonie 2012/13 – jeden zdobyty na Mistrzostwach Polski do lat 18 w Słupsku, drugi na Mistrzostwach Polski do lat 16 w Opalenicy. Z którego wówczas medalu byłeś bardziej usatysfakcjonowany?

D.C.: Oba medale zostają w pamięci. Jednak zdecydowanie większy wkład miałem w sukces w U16. Na pewno lepiej smakuje medal zdobyty z chłopakami ze swojego rocznika.

K.W.: Kolejne dwa medale dla sopockiego klubu dołożyłeś na Mistrzostwach Polski do lat 18 we Wrocławiu (13/14) oraz do lat 20 w Gdyni (14/15) – oba turnieje finałowe skończyły się złotem. Który medal wg Ciebie smakował lepiej?

D.C.: Podobnie jak wcześniej. Mój udział na Mistrzostwach Polski z Wrocławia sprawia, że utożsamiam się z tym złotem dużo bardziej. Tamta drużyna to była grupa świetnych ludzi. Zarówno zawodników jak i sztabu trenerskiego.

K.W.: Na zapleczu Trefla Sopot grałeś przez cztery lata. W którym sezonie drugoligowym zyskałeś większą pewność siebie?

D.C.: Ciężko powiedzieć. Wydaje mi się, że każdy kolejny rok był przełomowy. Z roku na rok oczekiwania i ambicje były coraz większe, co pozytywnie wpływało na rozwój i wzrastająca pewność siebie.

K.W.: Po paru latach spędzonych w Trójmieście dostałeś telefon od włodarzy z Włocławka, którzy byli Tobą zainteresowani. Twój pierwszych odruch po tym telefonie…

D.C.: Bardzo się ucieszyłem. Pamiętam, że wręcz niedowierzałem, że odebrałem ten telefon. Nie ma co ukrywać, że poczułem w pewnym sensie wyróżnienie. Choć tak naprawdę początkowo nic to nie oznaczało. Była to spora dawka motywacji i sygnał, że to co robię, muszę robić jeszcze lepiej.

K.W.: Jak zapamiętałeś swoje pierwsze minuty w Energa Basket Lidze?

D.C.: Na pewno był to lekki stres. Tym bardziej, że niespodziewanie wszedłem w drugiej kwarcie. Nie było to udane wejście, ale zostało zapamiętane na długo.

K.W.: Jaka jest różnica między graniem na najwyższym poziomie ekstraklasy, a niższymi klasami rozgrywkowymi?

D.C.: Myślę, że fizyczność zawodników ich umiejętności oraz tempo gry. Masz mniej czasu na podjęcie każdej decyzji. Sądzę, że to kluczowe różnice.

K.W.: Koniec końców sezon 2017/2018 zwieńczony został złotym medalem dla Anwilu, do którego dołożyłeś taką „małą cegiełkę”. Gdzieś w Twojej gablocie wisi ten „seniorski” medal?

D.C.: Zgadza się. Tak jak mówisz dołożyłem swoją „małą cegiełkę” do tego sukcesu. Medal wisi w domu i przypomina jak trzeba pracować, aby jeszcze kiedyś mieć szanse powtórzyć taki sukces.

K.W.: Masz w pamięci spotkanie, które najlepiej wspominasz w swej dotychczasowej karierze?

D.C.: Nie mam takiego spotkania. Było wiele meczy udanych statystycznie czy tych o większa stawkę, ale nie rozpamiętuje tego zbyt długo. Bardziej skupiam się na tym co jest teraz, na tym na co mam obecnie wpływ.

K.W.: Damian Ciesielski za parę lat będzie…

D.C.: Mam nadzieję, że tym samym pozytywnym i ambitnym chłopakiem, któremu koszykówka i wszystko dookoła sprawia wiele radości. Wtedy sukcesy będą temu towarzyszyć.

K.W.: Jakie cele oraz plany stawiasz sobie na przyszły sezon ligowy?

D.C.: Chciałbym stawać się coraz lepszy. To coś na czym mi zależy. Wiem, że nie jestem najmłodszy, a przygoda z koszykówka nie trwa wiecznie. Mam sporo do pokazania i liczę na to, że przyszły sezon będzie bardzo owocny.

K.W.: Bardzo Ci dziękuje za rozmowę.

D.C.: Również. Dzięki wielkie!

fot. Dariusz Błażejowski

KW