Czarni znów górą – Dziki bezradne w Słupsku

Martyna Sznytko / Flow.photography

Mecz rozpoczął się dość chaotycznie – żadna z drużyn przez dłuższy czas nie potrafiła trafić do kosza. Pierwsze punkty padły dopiero po 150 sekundach, gdy dwukrotnie z linii rzutów wolnych trafił Quincy Ford. Na odpowiedź Dzików nie trzeba było długo czekać, zza łuku trafił Mateusz Szlachetka, ale Alex Stein szybko odpowiedział takim samym rzutem. Choć tempo nie było imponujące, sporo punktów padało z linii rzutów wolnych. Warto pochwalić Johna Fulkersona, który liderował swojej drużynie pod nieobecność nominalnego centra po stronie Czarnych (kontuzja Tomczaka). Mimo starań obu zespołów pierwsza kwarta zakończyła się skromnym remisem 13:13.

Drugą kwartę od „trójki” rozpoczął Andre Wesson, a chwilę później Manjgafić wykorzystał błąd obrońcy i skompletował akcję 2+1. Jednak stan remisowy nie trwał długo, Loren Jackson dwukrotnie trafił zza łuku, dając gospodarzom sześciopunktowe prowadzenie i zmuszając trenera gości do wzięcia przerwy. Czarni na początku kwarty złapali rytm i skutecznie wykorzystywali okazje w ataku, choć ich błędy w defensywie pozwoliły rywalom na zmniejszenie strat. W grze błyszczał Alex Stein, ale Dziki nie odpuszczały, a ich główną bronią były rzuty dystansowe oraz skuteczna gra Fulkersona tyłem do kosza. Kluczowe trafienia w tej części gry zanotował także Michał Nowakowski, który po raz kolejny wykorzystał lukę w obronie i powiększył przewagę gospodarzy do siedmiu punktów – największej wówczas różnicy w meczu. Końcówka należała zdecydowanie do Czarnych, którzy na przerwę schodzili z prowadzeniem 41:33. W ekipie Dzików wyraźnie dało się odczuć brak kontuzjowanego Comithiera.

Po przerwie Dziki miały wrócić z nową energią, jednak początek trzeciej kwarty był w ich wykonaniu bardzo słaby – chaotyczna gra i brak pomysłu w ataku sprawiały wrażenie, że są całkowicie zagubione. Mimo prób Janariego Joessara, który starał się pociągnąć zespół w obronie, ofensywa warszawian pozostawiała wiele do życzenia. Czarni kontrolowali przebieg meczu, a efektowny wsad Forda po błędzie Dzików tylko potwierdził ich dominację. Po trzech kwartach gospodarze prowadzili 56:46, mimo że goście mieli więcej zbiórek (28:19), nie potrafili jednak tego przekuć na punkty.

Trzecia kwarta rozpoczęła się od nieco ospałej gry Dzików, którzy po przerwie wyglądali na zagubionych i pozbawionych energii, jakby zostali w szatni. Trener Krzysztof Szablowski z pewnością liczył na mocne wejście swoich zawodników, jednak ci, zamiast złapać rytm, zaczęli popełniać proste błędy. Z drugiej strony parkietu, Czarni Słupsk kontynuowali konsekwentną, cierpliwą grę – bez fajerwerków, ale skutecznie i z dużą dyscypliną w ataku. Kluczowy moment nadszedł, gdy po efektownym przechwycie Quincy Ford wsadził piłkę nad bezradnym Anderssonem, dając wyraźny sygnał, że gospodarze nie zamierzają odpuścić.

Dziki próbowały szarpać – głównie za sprawą Janariego Joessara, który jako jeden z nielicznych dawał drużynie impuls w defensywie, walcząc o każdą piłkę. Dzięki jego zaangażowaniu udało się nawet wybronić kilka kolejnych akcji, ale ofensywa warszawian wciąż nie działała – brakowało pomysłu, płynności i skuteczności. Kolejna strata piłki po nieporozumieniu przy rozegraniu zmusiła trenera Szablowskiego do wzięcia przerwy przy 11-punktowym deficycie.

Po wznowieniu gry obraz meczu nie uległ większej zmianie – Czarni grali swoje, spokojnie kontrolując tempo. Michał Nowakowski raz po raz wychodził na pozycje, Loren Jackson rozprowadzał piłkę z wielką pewnością siebie, a Ford i Wesson robili przewagę w grze jeden na jeden. Dziki mimo przewagi w zbiórkach (aż 28:19 po trzech kwartach) nie potrafiły tej przewagi przekuć na punkty. Trzecia kwarta zakończyła się wynikiem 56:46, co nadal trzymało mecz w teorii w zasięgu gości – ale tylko na papierze.

Czwarta kwarta rozpoczęła się dynamicznie – obie drużyny zdobyły po dwa punkty w pierwszych akcjach, ale potem mecz znowu zwolnił. W grze Dzików ponownie zabrakło konkretów – momentami wyglądało to, jakby każda akcja miała być desperacką próbą odrobienia strat, a nie przemyślanym pomysłem na atak. Zawodnicy ze stolicy próbowali przyspieszyć tempo, jednak to Czarni – mimo że nie grali na najwyższych obrotach – nadal kontrolowali sytuację.

Na chwilę nadzieję dały punkty po akcji 2+1 i kolejne trafienie zza łuku, które pozwoliły zmniejszyć straty do ośmiu oczek. Jednak odpowiedź Czarnych była natychmiastowa i brutalna – dwie szybkie trójki podcięły skrzydła Dzikom, a przewaga gospodarzy znowu wzrosła do 12 punktów. Stelmahers ani przez moment nie stracił kontroli nad tym, co dzieje się na parkiecie, zarządzając zmianami i rotacjami z chłodną głową.

Ostatnie minuty to już raczej formalność – Dziki nie poddawały się, próbując jeszcze rzutów za trzy, a w obronie decydowały się nawet na podwajanie, ale było już za późno. Na 120 sekund przed końcem Stelmahers dał szansę zawodnikom z końca ławki – na parkiecie pojawili się Klocek i Czoska – co tylko potwierdziło, że losy spotkania są już rozstrzygnięte. Ostatecznie Czarni Słupsk dopisali do swojego bilansu 17. zwycięstwo w sezonie, pokonując Dziki Warszawa w pełni zasłużenie i zasłużenie zbierając brawa od lokalnej publiczności.

Foto: Martyna Sznytko / flow.photography

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *