Szczecinianie od początku narzucili swoje warunki gry i szybko zbudowali przewagę dzięki dobrej skuteczności za trzy punkty. Goście długo nie mogli znaleźć rytmu w ataku, co przełożyło się na wyraźną stratę już do przerwy.
King Szczecin 84:74 Anwil Włocławek
Gospodarze od razu weszli w mecz z wysoką intensywnością w ataku. Po walce na tablicach Popović zebrał piłkę w ofensywie i zdobył pierwsze punkty spod kosza. Szybko odpowiedział Mucius, a po chwili kolejne oczka dla Anwilu dołożył Tyler Wahl, który najlepiej pobiegł do kontry. Pierwszą trójkę w meczu trafił Tomasz Gielo, dając swojej drużynie minimalne prowadzenie. Seria 6:0 Kinga pozwoliła gospodarzom zbudować przewagę, którą przerwał dopiero Wahl skuteczną akcją pod obręczą. Dzięki cierpliwej, zespołowej grze podopieczni trenera Ginzburga na moment wyszli na prowadzenie, dobrze wykorzystując grę w „pomalowanym”. Końcówka kwarty była spokojniejsza, a jej wynik ustalił Jeremy Roach, trafiając po wypracowaniu pozycji na 20:17 dla Kinga po 10 minutach.
Drugą kwartę otworzył ponownie Roach celną trójką. Po punktach Kostrzewskiego gra na chwilę się zatrzymała, co skłoniło trenera Ginzburga do wzięcia czasu. Mimo przerwy Anwil popełniał błędy w obronie, a gospodarze odskoczyli nawet na dziewięć punktów. Szczecinianie konsekwentnie trafiali zza łuku i kontrolowali dystans. Po akcji Muciusa, który zmniejszył straty do sześciu punktów, o czas poprosił trener Majcherek. Do przerwy King prowadził 39:28, trafiając sześć rzutów za trzy przy zerowej skuteczności Anwilu z dystansu.
Pierwsze punkty po przerwie zdobył Roberts z linii rzutów wolnych, choć wykorzystał tylko jeden rzut. Obie drużyny chciały grać szybko, ale lepiej wyglądał w tym King, który po trzech minutach prowadził już różnicą 13 punktów. Czas natychmiast wziął trener Ginzburg. Roberts był jednym z bohaterów tej części gry – efektownym wsadem nad dwoma wysokimi rywali poderwał halę. Niemoc z dystansu przełamał w końcu A.J. Slaughter, trafiając po 16 nieudanych próbach zespołu zza łuku. Chwilę później punkty spod kosza dołożył Słupiński. Po 30 minutach było 62:52 dla Kinga.
W ostatniej kwarcie Anwil mógł myśleć o powrocie tylko przy poprawie obrony. Tymczasem gospodarze grali w ataku spokojnie i pewnie, jak na treningu. Wskazówki trenera Ginzburga niewiele zmieniały, bo brak skuteczności nie pozwalał gościom realnie zbliżyć się do rywali. Anwil przy życiu trzymał właściwie tylko Slaughter, który trafiał z dystansu – na dwie minuty przed końcem miał już cztery trójki. Goście przez cały mecz nie złapali rytmu w ataku, a słaba skuteczność zza łuku okazała się kluczowa. King kontrolował wydarzenia na parkiecie i zasłużenie wygrał 84:74.

