2 października 2022

Projekt Kosz

TWOJE ŹRÓDŁO KOSZYKÓWKI

Piotr Robak: „Nigdy nie mów nigdy!” [WYWIADOWNIA #24]

Dwudziestym czwartym gościem Wywiadowni był Piotr Robak. W rozmowie przewinęło się parę wątków: o minionym sezonie na parkietach Suzuki 1 Ligi, chodzeniu na zawody swojego Taty czy debiucie na seniorskich parkietach. Zapraszamy do lektury.

Kamil Wróbel: Po bardzo ciężkim sezonie ligowym w Suzuki 1 Lidze Mężczyzn postanowiłeś przerzucić się na turnieje koszykówki ulicznej 3X3. Łatwo się odnalazłeś w nowym systemie?

Piotr Robak (KSK Ciech Noteć Inowrocław): Na pewno potrzebowałem trochę czasu, żeby się „przestawić” na grę 3X3. W ubiegłych latach nie miałem okazji występować w tej odmianie koszykówki, ale myślę, że z każdym meczem, turniejem czuję się coraz lepiej i pewniej na boisku.

Na początku kwietnia dołączyłeś do ekipy Legii Lotto 3X3, z którą w ostatnim czasie odniosłeś parę sukcesów. Jaki cel postawiliście sobie przed rozpoczęciem cykli turniejów Lotto 3X3 Quest?

Głównym i pierwszorzędnym celem było dostanie się do Mistrzostw Polski, które w tym roku odbędą się w Katowicach, co udało się praktycznie na samym początku. Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygrane turnieje dają motywację do dalszej pracy i pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Konkurencja w tym roku jest naprawdę spora. Namieszacie na pozostałych turniejach Questu?

Konkurencja jest naprawdę duża. Coraz więcej zawodników angażuje się w tę odmianę koszykówki, a co za tym idzie, jest coraz więcej mocniejszych zespołów. Uważam, że czas pracuje na naszą korzyść. Chcemy z każdym turniejem prezentować się coraz lepiej tak, aby szczyt formy przyszedł na finały Mistrzostw Polski.

Wracając do niedawno zakończonej kampanii, ponownie reprezentowałeś barwy Księżaka Łowicz. Łowicki zespół dzielnie walczył o przetrwanie na pierwszoligowych boiskach, lecz ostatecznie został zdegradowany do klasy niższych rozgrywek. Czego brakowało?

To był bardzo ciężki sezon. Uważam, że na nasz spadek złożyło się kilka elementów. Nie chce nas usprawiedliwiać, bo każdy zespół się z tym mierzy, ale kontuzje, choroby zabierały nam możliwości „normalnego” trenowania. Nie mieliśmy szerokiego składu. Często trenowaliśmy w 6-7 osób, ciężko w takich warunkach dobrze przygotować się do meczów. Trzeba też powiedzieć, że kilka meczów przegraliśmy „po frajersku” na własne życzenie. Może to zabrzmi brutalnie, ale uważam, że po tym, co prezentowaliśmy w niektórych spotkaniach na parkiecie, nie zasłużyliśmy, żeby zostać w lidze. Parę przebłysków to trochę jednak za mało…

Łowicz, Kołobrzeg, Warszawa, Gliwice, Bydgoszcz, Świecie oraz Starogard Gdański – trochę przystanków zaliczyłeś w swojej dotychczasowej karierze…

W naszym zawodzie chyba ciężko o stabilizacje. Tak się jakoś układało koszykarskie życie. Nigdy nie planowałem tego, że chcę podróżować po całej Polsce. Byłem w kilku miejscach, miałem szansę poznać wielu wspaniałych ludzi i … nie żałuje tej „wędrówki”!

Zacznijmy od początku. W jednym z wywiadów przyznałeś się, że w wieku 3-4 lat chciałeś zostać koszykarzem. Marzenie się spełniło.

Od najmłodszych lat uczęszczałem na treningi czy mecze mojego taty, który był zawodowym koszykarzem. Zawsze powtarzałem, że chcę być jak tata! Kiedy wspominam o tym teraz, pojawią się na mojej twarzy uśmiech. Cieszę się, że mogłem spełnić to marzenie, ale też wiem, ile mnie to czasami kosztowało.

Twój tata swoją karierę rozpoczynał od treningów piłkarskich. Był moment, gdzie choć odrobinę ciągnęło Cię do piłki nożnej?

Do piłki nożnej raczej nie, ale przez pewien moment trenowałem też siatkówkę. Miałem możliwość pójścia w stronę tego sportu, ale ostatecznie wybrałem koszykówkę.

Będąc w tak młodym wieku chodziłeś na mecze swojego taty, ale również odtwarzałeś jego występy, gdy byłeś już nieco starszy . Jakie cechy miał Twój tata, grając na parkietach ekstraklasy?

Do dzisiaj gdzieś w domu rodzinnym są kasety z występami mojego taty. Oglądałem je tysiące razy, naprawdę. Znałem każdy mecz minuta po minucie, wiedziałem, co w danej akcji się wydarzy, ale i tak oglądałem następny i następny raz, to mi się nie nudziło. Tata był przede wszystkim świetnym obrońcą, zawsze oddelegowywany do krycia najlepszych graczy w drużynie przeciwnej, ale też w ataku bazował na rzucie po jednym czy kilku kozłach.

Jak wyglądały twoje „początki” koszykarskie, kiedy trafiłeś do klubu i rozpocząłeś swoje pierwsze treningi?

Na swój pierwszy „prawdziwy trening” trafiłem jeszcze w Toruniu, gdzie wtedy występował mój tata. Następnie po przeprowadzce do Bydgoszczy uczęszczałem na treningi do „Pałacu Młodzieży” w Bydgoszczy u trenera Czarneckiego. Następnie w szkole podstawowej trafiłem do klasy sportowej pod patronatem klubu Astoria Bydgoszcz. Tam łączyłem naukę ze sportem i tak zaczęła się moja koszykarska przygoda.

W wieku 18 lat zadebiutowałeś na seniorskich parkietach, grając w drugoligowej Astorii. Łatwo było przeskoczyć z koszykówki młodzieżowej na poważną grę o ligowe punkty?

Nie ukrywam, że na początku było ciężko. Fizyczność była zupełnie na innym poziomie niż w rozgrywkach młodzieżowych. Jednak z każdym treningiem czy meczem czułem się coraz pewniej i w miarę szybko przystosowałem się do nowych warunków.

W 2010 roku wywalczyłeś z graczami Astorii awans do 1 Ligi. Jednak w następnym sezonie grałeś znacznie mniej w bydgoskim zespole. Czym to było spowodowane?

To był dla mnie pierwszy sezon na pierwszoligowych parkietach. Cały czas uczyłem się seniorskiej koszykówki. Minut nie było za dużo, ale i tak udało się zebrać cenne doświadczenie.

Małe załamanie po spadku bydgoskiej drużyny minęło?

Pamiętam, przegraliśmy wtedy w play-out ze Startem Lublin 2:3. Nie grałem wtedy dużo, ale na pewno bolało to, że w pierwszym sezonie na pierwszoligowych parkietach spadliśmy z ligi.

Przenosiny do Świecia w następnym sezonie były potraktowane jako odbudowanie swojej formy, a także ogrywania się z bardziej doświadczonymi zawodnikami?

Po sezonie w Astorii szukałem klubu, który zapewni mi przede wszystkim regularną grę. Była opcja zostania w Bydgoszczy, ale zdecydowałem się na zespół ze Świecia. To był bardzo dobry wybór, ponieważ grałem dużo, zbierałem doświadczenie i byłem ważnym elementem drużyny.

Po solidnie przepracowanym sezonie powróciłeś ponownie do Bydgoszczy, gdzie dostałeś znacznie więcej minut na boisku. Dobrze wspominasz kolejne dwa lata?

Bardzo dobrze. Po sezonie w Świeciu chciałem wrócić na parkiety 1 Ligi. Pojawiła się możliwość powrotu do Astorii i zdecydowałem się podpisać kontrakt. To były już sezony, gdzie grywałem regularnie i byłem ważną częścią drużyny. Nabrałem już wtedy trochę pierwszoligowego doświadczenia.

Indywidualnie sezon 2013/2014 był dla Ciebie bardzo pozytywny, bo zaraz po nim otrzymałeś dwie oferty z ekstraklasy – ze Starogardu Gdańskiego i Lublina. Spodziewałeś się takiego zwrotu?

Pamiętam wtedy, że byłem blisko pozostania w Astorii na kolejny sezon, gdy praktycznie w tym samym momencie przyszły oferty z Lublina i Starogardu Gdańskiego. Perspektywa grania w PLK na pewno była kusząca. Zdecydowałem się na zespół ze Starogardu z tego względu, że miałem możliwość dokończenia studiów magisterskich w Bydgoszczy. Będąc w Lublinie, byłoby mi znacznie trudniej.

Jak wspominasz swój „pierwszy raz” na ekstraklasowych boiskach?

Duży przeskok. Różnica między 1 ligą, a ekstraklasa była znacząca. Musiałem szybko się przystosować. W sezonie były różne momenty, raz grałem więcej, raz mniej, a innym razem w ogóle. Brakowało stabilności, a co za tym idzie trochę pewności siebie.

Po roku spędzonym na Kociewiu powróciłeś do swojego rodzinnego miasta. Czy przed powrotem rozważałeś inne propozycje klubowe z ekstraklasy?

Po sezonie w Starogardzie, interesowała mnie przede wszystkim regularna gra. Oczywiście rozważałem pozostanie w PLK, ale interesowała mnie też rola jaką mam pełnić. Nie chciałem kolejnego sezonu spędzić w PLK i grać po kilka minut. W pewnym momencie przyszła oferta z Astorii i zdecydowałem się po raz kolejny na powrót, bo uznałem, że w tamtym momencie będzie to dla mnie najlepsza opcja.

W bydgoskim zespole byłeś jedną z pierwszoplanowych postaci, która najczęściej decydowała o końcowym rezultacie swojego zespołu. Widać, że te występy dały Ci motywację do dalszego rozwoju.

Mieliśmy bardzo fajny sezon, walczyliśmy o play-off, a ja nie ukrywam, że czułem się bardzo dobrze w drużynie. Grałem bardzo dużo, często tak jak mówisz mogłem decydować o losach w danym meczu, ale odpowiadała mi ta rola i cieszę się, że razem z chłopakami zajęliśmy wysokie 6.miejsce i mogliśmy wystąpić w PO.

Po kolejnym sezonie postanowiłeś przeprowadzić się do Stolicy. Z perspektywy upływającego czasu to była dobra decyzja?

Bardzo dobra. Oczywiście po sezonie w Bydgoszczy, głównym założeniem był powrót do PLK. Czekałem na oferty z ekstraklasy, ale czas uciekał, a żadna poważna opcja nie pojawiała się. Owszem były zapytania, ale brakowało konkretów. W międzyczasie dostałem telefon od trenera Bakuna z zapytaniem czy nie chciałbym powalczyć o awans z drużyną Legii. Uznałem, że perspektywa wywalczenia awansu i zagrania w PLK z drużyną z Warszawy to była w tamtym momencie najlepsza opcją dla mnie.

W kolejnych dwóch sezonach najpierw kontynuowałeś swoją przygodę z Legią, a później przeniosłeś się do GTK Gliwice. Czy wówczas przeszła taka myśl, żeby na dobre zadomowić się w ekstraklasie?

Na pewno wtedy byłem ukierunkowany na bycie w PLK. Podczas pobytu w Legii i Gliwicach pokazałem, że mogę funkcjonować na tym poziomie, mając swoje minuty i być istotnym graczem w drużynie. Jeżeli nie widziałem szansy regularnej gry w PLK, to nie interesowała mnie rola jedenastego, dwunastego zawodnika w rotacji. Wolałem zejść poziom niżej.

Ostatecznie zaaklimatyzowałeś się na zapleczu ekstraklasy. Czy to Twoje ostatnie słowo?

Świadomie po sezonie w Gliwicach wróciłem do 1. Ligi, chciałem większej roli, więcej minut i to dał mi w tamtym momencie Księżak. Czy wrócę jeszcze do Ekstraklasy? Nigdy nie mów nigdy!

Czego sobie życzysz oraz swojemu nowemu zespołowi na przyszły sezon ligowy?

Nie będę oryginalny, swojej drużynie życzę jak najwięcej zwycięstw, a sobie jak najwięcej zdrowia.

fot. KS Księżak Łowicz (fanpage)
KW